Nieuchwytny Cel („Hard Target”), 1993

Nieuchwytny Cel ("Hart Target") - Jean-Claude Van DammeJean-Claude Van Damme w filmie „Nieuchwytny Cel”.

Jean-Claude Van Damme zapewnił sobie status międzynarodowej gwiazdy filmów sztuk walki dzięki takim tytułom jak „Krwawy Sport” (1988) i „Kickboxer” (1989). Na początku lat 90-tych został zaangażowany w kino akcji i dzielił go już tylko krok od zostania członkiem elitarnej ekipy „rozpierdalaczy”, do której należał już Sylvester Stallone, Arnold Schwarzenegger i Steven Seagal. Osobiście poznał reżysera Johna Woo podczas realizacji „Podwójnego Uderzenia” (1991) w Hong Kongu. To właśnie tam narodził się pomysł na wspólny film. Jego background w sztukach walki i rola w „Lwim Sercu” (1990) zadecydowała o tym, że producenci zrezygnowali z kandydatury Kurta Russella i postanowili zatrudnić go w „Nieuchwytnym Celu”.

Była to dobra decyzja, Van Damme został wywindowany na jedną z największych gwiazd tamtych czasów, produkcja stała się hitem i przetrwała próbę czasu zapisując się w karcie kina jako klasyka gatunku. Postanowiłem odświeżyć pamięć i obejrzeć „Hard Target” jeszcze raz. Sprawdzić, czy po 25 latach projekt ten budzi moje emocje. Czy jest tak dobry jak mi się wydawało oglądając go za dzieciaka. Nie zawiodłem się, magia nadal bije z ekranu. Wpłynęło na to kilka czynników, a najważniejszym z nich jest postać Johna Woo.

Reżyser z Hong Kongu miał już status solidnej marki i wyrobiony własny styl. Na polskim rynku mogliśmy oglądają takie produkcje jak „Byle Do Jutro” (1986), „Kula w Łeb” (1990), czy „Dzieci Triady” (1992). Jego debiut na rynku amerykańskim był kwestią czasu. Trzeba przyznać, że zrobił to z klasą i w najlepszym możliwym stylu. Woo poświęcił na realizację „Nieuchwytnego Celu” ponad 2 miesiące, żeby dopieścić każdy szczegół i wszystko to co wymyślił sobie czytając pierwszy raz scenariusz. Ponad 60 dni ciężkiej pracy zaowocowało i jak tu się nie dziwić, że teraz wychodzą szmiry akcji, jak Van Damme spędza na planie kilkanaście dni.

Za scenariusz do „Hard Target” odpowiadał Chuck Pfarree, który miał już na swoim koncie hit na VHS. Śmigał na piracie w polskich domach, chodzi o „Komando FOKI” (1990). Nie dziwi więc, że historia napisana przez niego okazała się być dobra. Łatwo mi teraz tak pisać, ale wtedy zrobienie filmu na podstawie jego tekstu pomimo wszystko mogło być ryzykowne. W każdym razie fabuła jest pomysłowa jak na tamte czasy i zdecydowanie wniosła pewien powiem świeżości.

Akcja „Nieuchwytnego Celu” dzieje się w Nowym Orleanie. Burżuje przy kasie urządzają sobie polowanie na ludzi, bezdomnych weteranów, bez rodzin, którymi się nikt nie zainteresuje jak znikną. Jeden z zaginionych okazuje się mieć córkę – Natashę Binder, która postanawia go odnaleźć i bierze w tym celu do pomocy faceta, który zna miasto – Chancea Boudreaux’a (w tej roli Jean-Claude Van Damme). Reszty fabuły wam nie będę zdradzał, pewnie widzieliście ten film nie raz. Tym, którzy nie widzieli mam do powiedzenia jedno – warto.

John Woo podczas realizacji filmu skupił się na szczegółach, postanowił zrobić film tak jak w Hong Kongu, po swojemu i to właśnie sceny akcji przykuwają największą uwagę. To jest prawdziwa petarda, sceny, w których Van Damme trzyma broń inaczej niż zawsze, zwrócenie uwagi na szczegóły, wymyślne sceny kaskaderskie, prawdziwy ogień i wybuchy z dbałością o najmniejszy detal powodują, że pomimo tylu lat film ogląda się dobrze. Świetne sceny walki, spojrzenia i inne smaczki zostały zaplątane w westernowy klimat i muzykę. To tworzy z obrazem jedną spójną całość. Warto przypomnieć, że stroną dźwiękową nie zajęła się jedna osoba, a cała orkiestra grająca na żywych instrumentach. To naprawdę czuć.

Jeżeli chodzi o obsadę to głównym czarnym charakterem jest Lance Henriksen. Jest zdecydowanie najmocniejszą stroną produkcji w sensie gry aktorskiej. Gość to diabeł wcielony i Woo wiedział co robi angażując go w tej roli. Co więcej, w pierwszej, nieoficjalnej wersji „Nieuchwytnego Celu” reżyser poświęcił temu aktorowi o dobre kilkanaście minut więcej czasu ekranowego. Jego postać była bardzo rozbudowana i nawet przewyższała uwagą rolę Van Damme’a. Stety lub niestety tak nie mogło zostać i w ręce producentów trafiła wersja okrojona przez Van Damme’a i montażystę Boba Murawskiego, faceta z polskimi korzeniami. Taką właśnie wersję znamy my. Szkoda, że nigdzie nie ukazał się alternatywny direct cut. Z chęcią bym obejrzał.

W każdym razie nie tylko Henriksen błyszczy na ekranie, w rolę córki zaginionego wcieliła się przepiękna Yancy Butler, która na każdym kroku wydaje się być zauroczona JCVD, co dodaje smaczku, a sam aktor staje się w oczach płci pięknej obiektem pożądania. Zostały nawet zrealizowane sceny miłosne, które nie trafiły do finalnej wersji. Warto wspomnieć, że w pocieszną filmową postać wujka Van Damme’a wcielił się sam scenarzysta „Nieuchwytnego Celu”.

Na szczególną uwagę zasługują finałowe sekwencje, które są przepełnione mordobiciem, strzelaninami, ogniem… ogólnie jednym wielkim rozpierdolem w najlepszym stylu. I te gołębie, charakterystyczne dla kunsztu Woo. Coś wspaniałego. Jeżeli ktoś z was jeszcze nie oglądał, to zdecydowanie polecam, bo to jeden z najlepszych tytułów w filmografii Jeana-Claude’a. Aż fajnie pomarzyć, co by było, gdyby zgodnie z zapowiedziami Van Damme połączył siły z Johnem Woo jeszcze raz w filmie „Shadow Of Death”, który zastygł w szufladzie.

Ocena: 9/10

Komentarze

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *