Wiele lat temu gdzieś w telewizji widziałem wyrywkowo film “Wielka Draka w Chińskiej Dzielnicy”. Wiedziałem, że to klasyk, ale jakoś tak wyszło, że do tej pory nie miałem okazji obejrzeć tej produkcji od początku do końca w pełnym skupieniu. Postanowiłem nadrobić te zaległości i odpalić ten tytuł kilka dni temu. W końcu był inspiracją do powstania kilku postaci w grze “Mortal Kombat”, a krytycy wypowiadali się o nim pozytywnie, już nie wspominając o fanach, którzy wielokrotnie ustawiali się w kolejce po wypożyczenie tego dzieła na nośniku VHS. Nigdy nie lubiłem “bajek” na ekranie, zwłaszcza w gatunku kina akcji, czy sztuk walki. W tym przypadku zostałem wciągnięty w tę przygodę bez reszty, porwała mnie w wir mistycznych wydarzeń i zostanie mi w pamięci na zawsze.
John Carpenter stawia na swoim.
Kto by się spodziewał? Czasem zaskakuje sam siebie, a gatunkowe horyzonty otwierają mi się przed oczyma niczym wrota czasu. Jest rok 1985 i ruszają prace produkcyjne nad kolejnym zaskakującym tytułem z pod ręki utalentowanego posiadacza szeroko rozwiniętej wyobraźni – Johna Carpentera (“Halloween”, “Mgła”, “Coś”). Do roli głównej zostaje zatrudniony Kurt Russell, który wcześniej kilkukrotnie współpracował z tym reżyserem, między innymi przy produkcji “Ucieczki z Nowego Jorku” (1981). To się udaje, bo udział Kurta w filmie nie był oczywisty dla producentów, którzy próbowali nakłonić Carpentera do zatrudnienia Clinta Eastwooda lub Jacka Nicholsona.

Russell przygotowywał się do roli dwa miesiące, pomimo tego, że nie miał grać super herosa, tylko raczej urokliwie nieudacznego gościa to trenował ostro – biegał, podnosił ciężary i przygotowywał się do choreografii sekwencji walk. Czas naglił, ponieważ wiadomo było, że dokładnie za rok będzie miał premierę film z Eddie Murphym “Złote Dziecko” (1986), który porusza podobną tematykę. Jaką tematykę zapytacie… no właśnie – to trudno określić jednym słowem, ponieważ jest ona tak enigmatyczna, że sam dystrybutor nie wiedział jak wypromować film. W każdym razie spróbuję w kilku zdaniach zawrzeć to co się na ekranie wydarzyło.
Kurt Russell w chińskiej dzielnicy.
Jack Burton to główny bohater, który jest kierowcą ciężarówki. Splot wydarzeń powoduje, że trafia razem z kumplem Wang Chi do Chinatown, czyli chińskiej dzielnicy. A tam rozpętuje się gruba wiksa, która wprowadza nas jako widza w świat magii, mitów, chińskich legend, przedziwnych wydarzeń, które wciągają bardziej niż scrollowanie tablicy na facebooku – przynajmniej mnie. Bardziej ogólnikowo nie da się tego opisać, ale wierzę, że nie jestem jedyny na tej planecie, który jeszcze nie widział tego filmu wcześniej w całości. Dlatego dam szansę przyszłym odkrywcą odkryć to arcydzieło i dać się porwać trudnym do opisania wydarzeniom.

Co ciekawe pierwotnie w rolę Wang Chi miał zostać zaangażowany sam Jackie Chan, ale odrzucił propozycję pomimo tego, że producenci mieli ogromne zastrzeżenia do jego języka angielskiego sprawdzając jak mówił w filmach “Wielka Rozróba” (1980) i “Protektor” (1985). Rolę dostał Dennis Dun (“Rok Smoka”, 1985). I tutaj to on gra tą idącą do przodu postać, a nie Russell. Taki był zamysł od początku, postać Burtona była napisana w odwrocie do bohaterów, których widzieliśmy do tej pory na ekranie. Scenarzyści Gary Goldman i David Z. Winstein napisali tekst, a potem został zatrudniony W.D. Richter, który miał za zadanie wszystko poprawić tak, żeby do siebie pasowało, unowocześnić historię i połączyć ją z fantastyką i sztukami walki.
Azjatycka armia w świecie magii.
Dokładnie tak się stało, a do filmu zatrudniono całą ekipę azjatyckich aktorów. Choreografią scen mordobicia zajął się James Lew, który miał za zadanie nadzorować każdy ruch i wymyślać każdą sekwencję pojedynków. Trzeba przyznać, że facet miał na barkach nie lada zadanie… w końcu odpowiada za Wielką Drakę. W obsadzie znalazło się kilka znanych mi twarzy – Victor Wong (seria “Trzech Małolatów Ninja”), James Hong (“Szpony Orła“) – niesamowity w swojej roli Lo Pana, ależ on tu wymiata, wprowadził sporą dawkę humoru w to całe przedsięwzięcie. Oprócz tego Donald Li (“Huragan Ognia”, 1992), Carter Wong (“Ręka Śmierci”, 1976), George Cheung (“Godziny Szczytu”, 1998), czy… Al Leong, Eric Lee, a nawet gdzieś tam się pojawił Cary-Hiroyuki Tagawa.

Budżet produkcji wyniósł $25 milionów i spora część tej kasy, jeśli nie większość została przeznaczona na scenografię i charakteryzację, która robi ogromne wrażenie. Widać, że pracowało przy tym kilkadziesiąt osób, tak samo w kwestii efektów specjalnych, czy muzyki, która jest świetna i wpasowuje się w klimat idealnie. Dobre recenzje nie dały jednak szansy tej produkcji zarobić w kinach, zanotowała jedynie $11 millionów. Za to na rynku VHS zarobiła o wiele więcej i utkwiła w pamięci fanów. W mojej na zawsze. Polecam każdemu, kto chce poszerzyć horyzonty. Warto, to klasyk.
Ocena: 9/10





































