Kickboxer („Kickboxer: Vengeance”), 2016

Kickboxer ("Kickboxer: Vengeance") - Jean-Claude Van DammeAlain Moussi i Jean – Claude Van Damme w filmie”Kickboxer”.

„Kickboxer” (na pirackiej kasecie video był zatytułowany „Karate Tygrys III”) z 1989 roku to pierwszy film sztuk walki jaki przyniósł mi tata, gdy miałem 7 lat. Od tego wszystko się zaczęło, to klasyka gatunku, gdyby nie ten film prawdopodobnie nie zainteresowałbym się kinem „kopanym”. Moja pasja zaczęła się od Van Damme’a i trwa po dziś dzień. Wielokrotnie oglądałem sequele, więc nie powinno was dziwić, że jak pierwszy raz usłyszałem o remaku oryginału, to się ucieszyłem. Ekscytacja rosła z każdym kolejnym doniesieniem o produkcji, a jak okazało się, że Jean- Claude powróci – cieszyłem się jak dzieciak. Ten sam dzieciak, który przesiedział dziesiątki godzin oglądając jak Kurt Sloane walczy z Tong Po.

Gdyby nie „Kickboxer” pewnie nie było by tej strony, mam do tego filmu olbrzymi sentyment. Czekałem z niecierpliwością na nową odsłonę i się doczekałem. Zrobiłem sobie kawę, usiadłem i obejrzałem myśląc sobie, że za $17 milionów nie da się tego zepsuć (w końcu oryginał kosztował $1,5 miliona), że skoro robią już kolejne części to musi być dobrze, że Van Damme wróci na szczyt. I co? I się kurwa rozczarowałem…

Można powiedzieć, że jestem po prostu wkurwiony. Moim zdaniem jak się robi remake to powinno się wziąć na warsztat oryginalny scenariusz, zmienić kilka rzeczy i ulepszyć, no i tak powinno być. Już wam tłumacze co się stało… scenariusz debilnie uproszczono… mimo, że sam w sobie nigdy mega ambitny nie był. Może to domena naszych czasów, że robi się teraz często filmy „dla debili”, no ale bez przesady. W nowym „Kickboxerze” nic nie jest wyjaśnione, nie ma scen łączących, które spowodowałyby, że „stary” lub „nowy” widz miałby chociaż najmniejszą możliwość wczucia się w emocje bohaterów. Mamy tu zabójstwo, trening i zemstę. Zero emocji, zero sentymentu, zero uczuć… zrobiono z klasyka film dla bez mózgów.

Scenariusz spierdolono, to już wiecie… mnie interesuje co mają w głowie producenci, że go „przyklepali”, naprawdę nie widzieli, że to jest żenada? Cholera wie co mieli w głowie wykładając taką kasę… ale chyba nie zysk… bo robiąc taki film i puszczając go na DVD nie da się zarobić. Lecimy dalej… montaż… otóż jak wiemy, nad każdym montażem czuwa reżyser, w tym przypadku był to John Stockwell, więc teraz do tego się doczepie… chcieli być nowocześni… poprzeplatali sceny i wyszło to tandetnie, kolory filmu też nie zachwycają… co jak co, ale trening na tle zielonego nieba… wygląda gorzej niż na tle wschodzącego pomarańczowego słońca. No kurwa… po prostu tak jest. Przekombinowali i zjebali temat. Nic tu nie ma ani ładu ani składu. Sceny walki zostały wyreżyserowane bez krzty ikry, nie czuć mocy uderzeń… tego wszystkiego po prostu nie czuć.

Czytałem w kilku recenzjach zagranicznych, że „Kickboxer” przypomina stare czasy kaset VHS. Gówno prawda. Sami wiecie co kochaliście w oryginale… a jak nie to wam przypomnę… muzykę. Paul Hertzog zrobił fenomenalny soundtrack, do tego utwory z gatunku adult – oriental rock, to było to, to była klasa, muzyka budowała napięcie, współgrała z obrazem. Co mamy tutaj? Nie ma żadnego kawałka, lecą instrumentale, w dodatku mdłe jak flaki z olejem. Tak trudno wykupić licencje od jakiś świetnych rockowych artystów? Tak trudno znów zatrudnić emerytowanego Paula Hertzoga? Nawet jego „odrzuty” z oryginalnego soundtracku by zrobiły „robotę”. Eh… po prostu szkoda słów.

Sceny treningów, slabe i nawet mi się nie chce komentować… są tak mizerne i „wymyślne” jak miny, które stroi Mistrz Durand (Jean – Claude Van Damme), który biega w kapeluszu i okularach przeciwsłonecznych z wiecznie rozdziabioną papą strzelającą czasem głupi uśmiech. Co to w ogóle za stylizacja? Tak wygląda mentor? Zresztą jaki mentor, w filmie nawet się nie dowiemy kim jest ta postać… oprócz tego, że jest to nauczyciel sztuk walki. Co więcej… no serio… ale to serio… liczyłem na trochę filozofii… kilka mądrych opowiadań z morałem, kilka rad dla Kurta Sloana, kilka prawd życiowych…

Tego tu nie ma kochani… nie ma. W finałowej walce zdubbingowany głos postaci Van Damma mówi do głównego bohatera coś w stylu „Pizgaj jak w kokos, pizgaj jak w kokos”. Kurwa serio? Serio. Co więcej żądny zemsty Kurt zabija Tong Po, nadziewając jego głowę na ostrze. Tak, tak… w trzeciej rundzie była toczona walka z bronią. Co za wstyd, hańba i żenada.

Alain Moussi, czyli Sloan, młody aktor / kaskader nie dał rady, dzieli go przepaść od Scotta Adkinsa, a jego gra aktorska jest słaba, niemrawa, bez błysku w oczach. Zastanawiam się, czy chciałem cos jeszcze napisać… a no… w filmie wystąpił Michael Qissi – „prawdziwy” Tong Po, miało to być fajne odniesienie do jedynki w jednym epizodzie… niestety Michael wygląda jak Michael, a nie jak Tong Po, więc mało kto się zorientuje. W nowego Po wcielił się Dave Bautista, przypakowany typ z wredną mordą i może by coś z tego było, gdyby nie fakt, że film został zrealizowany tak jak został, czyli chujowo. Qissi był pokazywany w półcieniu, budził strach, nie musiał wyglądac jak wrestler… muzyka robiła swoje.. to wystarczyło. Eh…

Dobra kończę tą recenzję, jest mi przykro, czuję się oszukany i wkurwiony, nie rozumiem, jak za takie pieniądze można tak spierdolić film. Nie rozumiem. Słuchajcie, ja z pewnością obejrzę kolejne części, bo kocham kino sztuk walki, ale jeśli nie macie takiego sentymentu jak ja to nie polecam. Nie oglądajcie tego badziewia. Jeśli nie widzieliście to włączcie sobie „Kickboxera 2” z Sashą Mitchell i Dennisem Chanem. „Kickboxer” (2016) nie dorasta do kolan nawet drugiej części, a co dopiero oryginałowi. Van Damme – jak mogłeś do tego dopuścić. Nieudana parodia.

Ocena: 4/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *