Wyniszczenie („Attrition”), 2018

Wyniszczenie ("Attrition") - Steven Seagal
Steven Seagal w filmie „Wyniszczenie” (2018).

Pamiętam, że pisałem o „Attrition” zanim jeszcze powstał. W fazie przed-produkcyjnej chodziły słuchy, że ma to być ważna produkcja dla Stevena Seagala. Przede wszystkim napisał scenariusz, co więcej wstępnie był umówiony, że wyreżyseruje nowy tytuł. Brzmiało to nieźle, ale nie dla mnie. Gwiazda lat 90-tych już tyle razy zawiodła fanów, że nawet najwytrwalszy zjadacz gniotów nie byłby w stanie uwierzyć w jakąkolwiek zmianę. Nie śpieszyło mi się, żeby zobaczyć powstały film. Zresztą kilka ostatnich produkcji aktora po prostu pominąłem. Miałem już dość tej narastającej żenady. Do „Wyniszczenia” jednak coś mnie zachęciło. Był to zwiastun i promocja. Przyblakły mistrz aikido mówił w wywiadach, że jest zadowolony z roboty jaką wykonał. Co więcej, uważa, że zrealizował jedną z najlepszych scen pojedynku w swojej karierze. Pomyślałem – „Zwariował już do reszty…”. Pomimo tego – obejrzałem. I w sumie nie wyszło źle, film zasługuje na uwagę.

Każdy, kto chociaż trochę się zna na filmach o obijaniu szumowin wie, że pierwsze produkcje z Seagalem rządziły. Mowa oczywiście o takich tytułach jak „Nico: Ponad Prawem” (1988), „Szukając Sprawiedliwości” (1991), czy „Liberator” (1992). Później była lekka tendencja spadkowa, ale poziom wciąż dobry. Niestety po 2001 roku na palcach można liczyć tytuły, które zasługują na to, żeby je zobaczyć, czy do nich wrócić po czasie. Szukając dawnego kozaka w „nowszych” produkcjach można zajrzeć na przykład do „Bestii” (2003), „W Stronę Słońca” (2005), „Sprawiedliwości Ulicy”, czy „Gry o Życie” (2008). Znajdzie się coś tam jeszcze. Piszę to wszystko po to, żeby jakoś spuentować. „Wyniszczenie” zaliczam do grupy „dobrych” produkcji wybierając z pośród „złych”. Wiecie co mam na myśli? Mam nadzieję.

Finalnie „Attrition” zostało wyreżyserowane przez Mathie Weschlera. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym człowieku. Nie zmienia to jednak faktu, że miło się zaskoczyłem efektem jego pracy. Zacznę jednak od scenariusza. Steven Seagal w swojej karierze tylko raz stał za stołkiem reżysera, przy okazji filmu „Na Zabójczej Ziemi” (1994). Trzeba przyznać, że miał tam coś do przekazania światu. Mowa końcowa była dobra i pouczająca. Chodziło mu o to, żeby pokazać siebie nie tylko z jednej strony medalu. Próbował przemycić własne przemyślenia i pewnego rodzaju globalną mądrość. Myślę, że w „Wyniszczeniu” poszedł dokładnie tą samą drogą. Już od pierwszych scen widzimy nawiązania do nauk, które zagłębiał podczas wieloletniego pobytu w Japonii. Mam na myśli chociażby akupunkturę, wiedzę o anatomii człowieka, czy kaligrafię.

Dzięki wartościom, które pokazuje nam w tej produkcji możemy zobaczyć jak wyglądają jego prawdziwe poglądy. Albo przynajmniej takie, w które wierzy i chce Nam przekazać. Problem jest tylko w tym, że z uwagi na wszystkie historie, które się dookoła niego dzieją prywatnie i nie tylko – nie wiadomo co o tym myśleć. Cały brud i smród, który go otacza od długiego czasu nie pozwalają patrzeć na to bez oceniania i krytyki. Przez otoczkę, którą zbudował swoimi bardzo słabymi filmami, postawą i ekscesami z życia stał się parodią samego siebie. W takiej sytuacji widząc go pośród chińczyków walczącego technikami walki Wing Tsun… można uznać, że to jakaś głupawy, daleko posunięty żart. Jednak jeżeli odstawimy wszystkie uprzedzenia na bok… to możemy miło spędzić czas i poczuć trochę „starego” Seagala, za którym tęsknimy.

Nie będę się teraz naśmiewał z bohatera nie jednego dzieciństwa, czy młodości. Nie tym razem, bo mimo wszystko, widzę, że tutaj się postarał i włożył w to trochę serca – jakimkolwiek jest człowiekiem na co dzień. Film opowiada o tajskiej dziewczynie, która została porwana. Axe (Steven Seagal) wraz z dawną ekipą idzie ją odbić. Wiem… brzmi banalnie, ale to tylko pretekst do przekazu, który nam serwuje aktor.

Reżyser Weschler bardzo się postarał. Właściwie każde ujęcie jest perfekcyjnie dopracowane i przemyślane. Ruch kamery nie jest przypadkowy, charakteryzacja i wystroje orientalne robią wrażenie. Widać, że każda scena była bardzo dobrze zaplanowana, bez przypadków. Całość obrazu ogląda się przyjemnie, właściwie muszę szczerze przyznać, że jest w tym wszystkim ręka artysty, poważnie. Byłem w szoku, że ktoś taki zrobił coś ze Stevenem Seagalem. Sami pomyślcie – gdyby zastąpił go Donnie Yen – co by było? Uznalibyśmy film za dobry. To z powodu uprzedzeń, o których pisałem wyżej patrzymy inaczej.

Warto wspomnieć, że w obsadzie znalazł się Siu-Wong Fan (znany z „Ip Mana”), świetny wojownik, którego miło się ogląda na ekranie. Do tego mamy jeszcze śliczną Kat Ingkarat. Sekwencje walk są zrealizowane z dbałością o szczegóły, również z wyjątkowym – artystycznym sznytem. Co więcej byłem pod wrażeniem samego Seagala, który wie o co chodzi w Wing Tsun. Musiał się podstaw nauczyć, bo tym razem dubler zastępował go trochę rzadziej. Facet dzięki temu udowadnia nie jednemu fanowi, że jest wszechstronny w sztukach walki.

Myślę, że wrócę kiedyś do tego filmu. Tak po prostu. Odrzucam w tym przypadku mój dystans i skupiam się na przekazie. Czy się podoba, czy nie… jest to jeden z niewielu nowych filmów sztuk walki, w których możemy usłyszeć coś mądrego. A świat otaczający Nas wariuje, coraz więcej głupoty. Ludzie zapominają o wartościach i tradycji, które były budowane latami. Warto sprawdzić z ciekawości.

Ocena: 6/10


Banner 01