Nowe „Wejście Smoka”? Niech się stukną w dekiel.

Remake „Wejścia Smoka” w planach. Bruce Lee przewraca się w grobie.

Wejście Smoka ("Enter The Dragon") - Bruce Lee

Wiem, że tytuł jest dość stronniczy i dosadny, ale ja po prostu tak to widzę. A raczej nie widzę, nie wyobrażam sobie nowego „Wejścia Smoka” („Enter The Dragon”) i nawet nie chcę. To klasyka, od tego się wszystko zaczęło. Tak po prostu nie można robić. Dla paru, czy kilkunastu zarobionych baniek od nowa realizować film, który zbudował ten gatunek. Niema opcji, nie w moim świecie Kina Sztuk Walki, ale zacznijmy od początku.

Pierwszy raz na „genialny” pomysł zrobienia remaku największego filmu Bruce’a Lee wpadło studio Warner Bros. w 2007 roku. Oczywiście po głowie im to chodziło już dużo wcześniej, ale to właśnie wtedy oficjalnie ogłoszono plan realizacji „Przebudzenia Smoka” („Awaken The Dragon”). Za scenariusz i reżyserię miał wtedy odpowiadać Kurt Sutter. Człowiek znany z tego, że napisał scenariusz do świetnego filmu „Do Utraty Sił”, ale… nic poza tym, nic ciekawego, z małym doświadczeniem zarówno jako pisarz jak i reżyser. Samo to już powodowało we mnie oburzenie i frustracje. Tak nie powinno być.

Do realizacji nie doszło, ale wciąż pracowano nad projektem i w końcu w 2009 roku ogłoszono, że do głównej roli (tej granej przez Bruce’a Lee) ma zostać zaangażowany koreański aktor Rain („Ninja Zabójca”, 2009). I sami napiszcie w komentarzu co myślicie. Przecież to zjebany pomysł z miejsca skazany na zeżarcie przez fanów. Jakiś koreaniec… kto to jest. No jasna cholera. Z takim podejściem to na samą myśl o tym filmie to… no odechciewa się delikatnie mówiąc. Warner chyba to zrozumiał i temat ucichł.

W 2015 roku jednak wrócił za sprawą reżysera Bretta Ratnera. Facet odpowiedzialny za trzy części „Godzin Szczytu” kilka razy przebąkiwał o tym, że coś tam myśli o realizacji remaku „Wejścia Smoka”. I tutaj nie miałem już odruchów wymiotnych, bo gościa lubię. Sposób w jaki zrealizował (szczególnie) „Rush Hour 2” i jego doświadczenia, zaangażowanie i fakt, że sam jest „fanem” powodował, że pomysł był prawie strawny. Niestety temat uleciał.

Wrócił teraz, właściwie przed miesiącem. Okazało się, że wytwórnia przymierza się po raz kolejny do realizacji filmu od nowa. Najwidoczniej skurczybyki są pewne, że jak zrobią to z rozmachem to nawet Ci fani, tacy jak ja, czy Ty i Ty, pomimo wkurwienia na sytuacje to z samej ciekawości pójdą do kina. Nie chce być hipokrytą, ale skoro oglądam czasem nowe gnioty z Seagalem, czy Van Dammem to jakbym miał mimo wielkiej niechęci właśnie tak nie postąpić. No pójdę cholera, chociażby dlatego, żeby napisać negatywną recenzje i Wam ją przedstawić. Mimo wszystko uważam jednak, że ze strony producentów to cholernie głupie posunięcie. Nie powinni tego tykać.

No, ale… dotknęli i już nawet wiemy kto ma reżyserować film – jest to David Leitch. Współreżyser „Johna Wicka”, reżyser „Atomic Blonde” i „Deadpoola 2” i wkrótce „Hobbs i Shaw” z Jasonem Stathamem i Dwaynem Johnsonem. Facet jest na fali wznoszącej, jego filmy robią dużą kasę. Prace nad scenariuszem mają rozpocząć się wkrótce. Jestem na nie, a Wy? Może ktoś by jednak to chciał obejrzeć?

Źródło: SlashFilm