Uniwersalny Żołnierz 2 („Universal Soldier 2”), 1998

Uniwersalny Żołnierz 2 ("Universal Soldier 2") - Jeff Wincott
Matt Battaglia, Chandra West i Jeff Wincott w filmie „Uniwersalny Żołnierz 2” (1998).

„Uniwersalny Żołnierz” z Jean-Claude Van Damme i Dolphem Lundgrenem przy ponad $20 milionowym budżecie zarobił na plusie $10 milionów z hakiem. Nie robi to większego wrażenia, ale jak dodamy to tego pewnie kilkakrotnie większy dochód z rynku kaset video to można uznać to za kasowy sukces. I nie tylko, ponieważ ta produkcja znalazła swoje miejsce w sercach fanów na stałe. Jest to jeden z tych tytułów, które się nie nudzą i do których chce się wracać. Nie dziwi więc, że postanowiono zrealizować sequel. Niestety z założenia miała to być produkcja telewizyjna. JCVD zrezygnował z projektu. W końcu był przyzwyczajony do dużych filmów kinowych, nie chciał maczać rąk w tandecie.

Jak czas pokazał podjął właściwą decyzję. W październiku 1998 w telewizji miał swoją premierę oficjalny sequel zatytułowany „Uniwersalny Żołnierz 2: Towarzysze Broni”. Jak się okazało wyszła z tego straszna szmira, chociaż ludzie odpowiedzialni za ten film zdawali się być odpowiedni do tego rodzaju produkcji. Scenariusz dwójki napisał Peter M. Lenkov, który wcześniej był odpowiedzialny za „Człowieka Demolkę” z Sylvestrem Stallone. Natomiast za stołkiem reżyserskim zasiadł Jeff Woolnough, który wcześniej pracował przy takich serialach jak „Legendy Kung Fu” z Davidem Carradinem, „Renegat” z Lorenzo Lamasem, czy „Cobra” z Michaelem Dudikoffem. Sami przyznajcie, że brzmi to nieźle. Ludzie z doświadczeniem i produkcjami na koncie, które są w porządku. Jednak to co Peter z Jeff’em odjebali finalnie to wykracza poza granice wytrzymałości… nawet widza o średnim intelekcie.

Zacznę od Lenkov’a. Oczywiście szacunek za „Człowieka Demolkę”, ale scenariusz, który napisał do „Uniwersalnego Żołnierza 2” jest po prostu głupi. Nie wiem jak to inaczej określić. Facet chyba walił denaturat z gwinta zamiast przesączyć przez chleb podczas pisania dialogów. Sam zamysł kontynuowania historii od razu po pojedynku dwóch UniSol’s nie był zły, ale wszystko co się działo później to jakiś błąd w systemie. Jest tu tyle sucharów i niedorzeczności, że aż wstyd, że takie coś w ogóle powstało. Właściwie co reżyser Woolnough miał z tym skryptem zrobić? Zrealizował go tak jak jest po swojemu i tyle. Jednak to był dopiero początek spirali syfu jaki się narobił.

Sequel opowiada dalsze przygody Luc’a Devereaux’a i towarzyszącej mu dziennikarki Veronici Reynolds. Jak się okazuje odkrywają oni, że prywatna firma we własnych celach chce wyprodukować nową grupę uniwersalnych żołnierzy. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że włączam to dzieło sztuki i widzę odtworzoną finałową walkę z jedynki… tyle, że przez innych aktorów, którzy grają bohaterów pierwszej części. Pierwsza moja myśl – „O kurwa… jest grubo”. Producenci zdawali się tak być zachwyceni wykonaniem tego ruchu, bo później podczas seansu we wspomnieniach możemy zobaczyć jeszcze jej kilka urywków.

W rolę Luc’a, czyli Van Damme’a wcielił się Matt Battaglia (koleś z profilu bardziej podobny do Arnolda Schwarzeneggera niż do Belga). Oczywiście Veronikę też zastąpiła inna aktorka – Chandra West. W tym wszystkim mamy jednak aspekt pozytywny. Rola brata Luc’a została przekazana Jeff’owi Wincottowi („Misja Sprawiedliwości„, 1992), a bad guy’a zagrał Gary Busey („Liberator”, 1992) i epizodycznie pojawił się jako szef-szefa Burt Reynolds. Podsumowując grę aktorską każdego z nich – wygląd to tak jakby każdy był przepuszczony przez szkołę aktorską za łapówkę. Z całą pewnością scenariusz tu namącił i aktorzy sami już nie wiedzieli jak mają grać, ale co ja tam będę ich tłumaczył. Jedyna zaleta pod tym względem to pierwsza scena, w której pojawia się Wincott.

Dobra… mamy już tą całą kupę i mogłoby być średnio z dużym minusem. Zrobiono jednak coś, co spowodowało, że słaby film stał się parodią. Mianowicie post-produkcja. Do scen użyto jakiś gównianych popowych pioseneczek, a nie ścieżki dźwiękowej. Jak to słyszałem to czułem jedno wielkie zażenowanie. W scenach, które mogły być mroczne i dać nam jakikolwiek klimat thrillera – dostaliśmy jakieś śpiewanie dla nastolatków. No popierdolona sytuacja. W dodatku montaż… chyba wzięto jakiegoś nowicjusza, który chciał się popisać, że czasem umie przyśpieszyć ujęcia, a czasami użyć slow-motion. Niestety, ale nie wiedział kiedy to robić i w jakich przypadkach się takich efektów używa.

Wyszła klapa jak chuj. Dobrze, że JCVD nie uznaje tego filmu, bo po prostu „Uniwersalny Żołnierz 2” to zbitka jakiś nienormalnych decyzji. Nigdy nie powinien powstać. Z całą pewnością już nigdy nie wrócę do tego tytułu i nikomu nie polecam. Chyba, że ktoś chce zweryfikować moje słowa to proszę bardzo – cudownego seansu.

Ocena: 1,5/10


Banner 01