„Najlepsi z Najlepszych” („Best Of The Best”), 1989

Najlepsi z Najlepszych ("Best Of The Best") - Phillip Rhee

Żyjemy w czasach, w których producenci filmowi tak jakby zapomnieli o co tak naprawdę chodzi w Kinie Sztuk Walki. Większość pieniędzy z budżetu filmów jest pakowana w nazwisko głównego aktora, efekty specjalne, w widowiskowość. Oczywiście chodzi im o to, żeby dany tytuł się sprzedał i na siebie zarobił. Właściwie to trudno wymieniać filmy realizowane w tym gatunku po 2000 roku, które niosły za sobą coś więcej. Co prawda kiedyś takich projektów też nie było nie wiadomo ile, ale zachowała się jakaś część takich, które przetrwały te komercyjne – nienormalne czasy. Jedynym z takich legendarnych filmów, w które włożono całe serce i esencję sztuk walki jest klasyk „Najlepsi z Najlepszych” („Best Of The Best”).

Zacznijmy od tego – czym jest klasyk? Dla mnie to taka produkcja, która przetrwała lata i nadal jest aktualna. Czyli poruszono w niej tematy, które zostawiają w Nas coś więcej niż fakt, że ktoś do kogoś strzelał lub nakopał do ryja z nie wiadomo jakiego powodu. Jako to „coś” charakteryzuję przede wszystkim serce włożone w projekt i chęć zaangażowania emocjonalnie widza, to ma być po prostu życiówka. Główne postaci, które stają się dla nas autorytetami nie tyko dlatego, że walczą, ale dlatego jakie podejmują decyzje, jak sobie radzą z trudnościami. Chodzi o filmy, z których możemy się czegoś nauczyć i przenieść cokolwiek wartościowego do własnego życia.

„Najlepsi z Najlepszych” to historia, którą wymyślił Phillip Rhee, wybitny mistrz sztuk walki i nauczyciel taekwondo z powołania. W latach 80-tych brał udział w drużynowym meczu pomiędzy USA, a Koreą w tej dyscyplinie walki. I to właśnie te wydarzenia zainspirowały go do stworzenia opowieści o przebaczeniu. Postanowił porozmawiać o tym z pisarzem Paulem Levinem, który już wtedy rozpoczynał pracę nad swoimi nowelami. Paul zgodził się napisać scenariusz, a uzupełnienie dialogów w filmie powierzono Maxowi Stormowi.

Phillip Rhee miał już wcześniej trochę wspólnego z kinem. Wraz z bratem Simonem brali udział w obrazie „Furious” (1984), czy uznanych przez fanów „Wojownikach z Los Angeles” (1985). Te doświadczenia pozwoliły mu nadzorować scenariusz do osiągnięcia celu. A celem było stworzenie czegoś wyjątkowego. Co prawda krytycy czepiali się, że „Best Of The Best” to po prostu kolejny „Rocky”, moim zdaniem mogą sobie wsadzić te opinie. Życzyłbym sobie jak najwięcej filmów w tym stylu, zrealizowanych od serca, a nie na potrzeby rynku.

Za stołkiem reżyserskim zasiadł debiutant Robert Radler, który wcześniej zasłynął z reżyserii jednego z teledysków grupy Survivor – „I Can’t Hold Back” (swoją drogą świetny kawałek). Jeśli się zastanawiacie co to za zespół – to TAK, to ten od „Eye Of The Tiger”. Natomiast za edycję taśmy odpowiadał William Hoy, który pracował przy akcyjniaku z Sam’em Jonesem „Milczący Zabójcy” w 1988 roku.

Obsada filmu została dobrana wyjątkowo, nie było tutaj miejsca dla debiutantów, zaangażowano aktorów, którzy mieli już coś na koncie. Może zacznijmy od „Best Of The Best”. Oczywiście wspomniany wyżej Phillip Rhee i w roli jego rywala wspaniały Simon Rhee. Równie ważną rolę tytułową otrzymał Eric Roberts, wyjątkowy aktor, który już wtedy był ceniony. W 1983 roku został uhonorowany przez Bostońskie Stowarzyszenie Krytyków Filmowych. Był również trzykrotnie nominowany do Złotego Globu, między innymi za „Uciekający Pociąg” (1985). Źle bym postąpił jakbym nie napisał o roli wymagającego dyscypliny szkoleniowca, w którą wcielił się James Earl Jones (znany z „Książę w Nowym Jorku”, 1988).

W drużynie „Najlepszych” był również wybitny Chris Penn, dobry drań w tym swoim kapeluszu (niech spoczywa w pokoju). John Dye („Campus Man”), Tom Everett („Życzenie Śmierci 4”), czy James Lew („Ninja Acedemy”) z teamu koreańskiego. Oj i jakbym mógł zapomnieć o uduchowionej specjalistce od rozwoju osobistego – Pani Sally Kirkland (serial „Aniołki Charliego”). Moi drodzy, wymieniłem te wszystkie nazwiska, ponieważ to właśnie Ci ludzi są odpowiedzialni za sukces produkcji. Każda z postaci była wyjątkowa, oczywiście najbardziej zasłużeni to bracia Rhee, Roberts i perfekcyjny w swojej roli Earl Jones.

Muszę wspomnieć o samych scenach walki, tak płynne ruchy jak ma Phillip i jego brat to coś naprawdę miłego dla oka, widać, że obaj trenują od dziecka. Było wielu autentycznych mistrzów, którzy walczyli na ringu i ekranie, ale nie mieli tej elastyczności, którą tutaj widzimy. Za muzykę odpowiadał Paul Gilman trzeba mu przyznać, ze stworzył przepiękny soundtrack. Uważam, że można go stawiać tuż obok muzyki Paula Hertzoga z „Kickboxera” (1989) i „Krwawego Sportu”. Gilman stworzył kompozycję, która tak buduje emocje w finałowej scenie, że nawet najtwardsi goście mogą uronić łzę. Zresztą sami wiecie, jak zapiera dech w piersiach.

„Najlepsi z Najlepszych” to film o wartościach, emocjach, decyzjach, dyscyplinie, walce z samym sobą, przyjaźni i w końcu o przebaczeniu. Jeżeli ktokolwiek jeszcze go nie widział, a wchodzi na tą stronę… jest to pozycja obowiązkowa.Takich filmów się już nie robi. Wielka szkoda, bo to właśnie tytuły, które są w stanie poruszyć serca… są w stanie przetrwać lata i uczyć kolejne pokolenia tego co w życiu ważne.

Ocena: 10/10


Banner 01