Najlepsi z Najlepszych 4 („Best Of The Best 4”), 1998

Phillip Rhee i Jessica Collins w filmie „Najlepsi z Najlepszych 4” (1998).

Nadszedł odpowiedni czas, żeby zakończyć temat związany z serią „Najlepsi z Najlepszych”. A temat kończy się na czwartej części i raczej nie powstanie następna, chociaż kto wie, może znajdzie się chętny do realizacji jakiegoś remaku lub sequela. W każdym razie postanowiłem napisać kilka zdań o ostatniej odsłonie jednego z najlepszych i najbardziej wartościowych klasyków gatunku Kina Sztuk Walki. No i tu już mamy zgrzyt, ponieważ czwórka została mocno przemianowana na Akcję z prawdziwego zdarzenia. Esencja i przesłanie z jedynki coraz bardziej stały się wyblakłe i odległe, a seria z epizodu na epizod spadała na coraz niższy poziom. Pamiętajcie jednak, że to tylko moja perspektywa.

Opinie są różne. Spotkałem się z wypowiedzią człowieka, który film „Najlepsi z Najlepszych 4” widział jako pierwszy. Uznał on z pełną świadomością, że to bardzo dobry akcyjniak, taka „Szklana Pułapka 4”. Z tym, że z mniejszym budżetem i bez Bruce’a Willisa. Zajarany produkcją, uznał, że koniecznie musi obejrzeć poprzednie części i się cholernie zawiódł. Ja się z tą opinią nie zgadzam, bo zawsze szukam jakieś głębi w filmach, a ta seria ją miała i po trochu traciła. Finalnie mogę śmiało przyznać, że jest nieźle. Niestety poprzeczka była zawieszona wysoko i czwórkę należy bardziej porównywać do trójki niż do pierwszych dwóch. Z pewnością lepiej jest obejrzeć ten tytuł, niż jakieś nowe gnioty od Stevena Seagala.

Premiera „Best Of The Best 4” miała miejsce 20-tego października 1998 roku, czyli dobre 3 lata po „Najlepsi z Najlepszych 3”. Nie muszę chyba Wam pisać, że nowy film został przeznaczony od razu na rynek video? Właśnie tak się stało, pomimo włożonego sporego wkładu pracy nikt nie był zainteresowany dystrybucją kinową. Phillip Rhee z pomocą Freda Vicarela napisał scenariusz. Chciał wziąć sprawy w swoje ręce, więc znalazł inwestorów i postanowił, że stanie za stołkiem reżyserskim tak jak to było poprzednim razem. Doskonale wiedział, że dobre czasy „filmów karate” się kończą i trzeba dołożyć do fabuły sporo akcji, żeby przykuć uwagę widzów. W zasadzie staram się go zrozumieć. Zdaje się, że pomyślał o wszystkim, oprócz tego, czego chcą fani całej serii. A fani chętnie by zobaczyli kogokolwiek z poprzednich części, obejrzeliby jakieś fajne nawiązania, coś co byłoby łącznikiem. Tutaj tego brakuje, zupełnie tak jakby Rhee zrealizował film akcji, który nie ma nic wspólnego z „Best Of The Best”… a potem w celach promocyjnych dodał ten tytuł, żeby odciąć ostatnie kupony od serii.

Tommy Lee jest instruktorem sztuk walki i zajmuje się szkoleniem policjantów. Wpada w tarapaty, kiedy znajduje się w posiadaniu danych dotyczących rosyjskich gangsterów i drukowania przez nich lewych pieniędzy.

Jak się okazało po premierze, Phillip Rhee chciał zaangażować Erica Robertsa do mniejszej roli, ten był zainteresowany, ale odmówił z powodu prac nad thrillerem „Fałszywy Trop” (1998). Uwierzcie mi, że gdyby Roberts się tu pojawił to uratowałby serię. Właściwie to ja nie mam szczególnie do czego się doczepiać jeżeli chodzi o sekwencje akcji, walki, czy muzykę. Tutaj wszystko stoi na solidnym i przyzwoitym poziomie. Zresztą przyzwyczaił nas do tego Simon Rhee, który tutaj był tylko (niestety!) koordynatorem wyczynów kaskaderskich. Podobnie jest z samym montażem, którego podjął się tak jak wcześniej Bert Lovitt. Cała moja uwaga koncentruje się tu właśnie na tym braku wspólnych elementów z wcześniejszymi produkcjami. To mnie boli i pewnie dlatego nie tylko ja, ale i wielu fanów uważa, że czwórka to najsłabsza część.

Jeżeli jesteście w stanie odciąć w głowie nić łączącą ten tytuł z poprzednimi to będziecie mieć fajny seans, ponieważ „Najlepsi z Najlepszych 4” zasługują na obejrzenie. Rhee włożył w tą produkcję sporo pracy i z pewnością udowodnił, że prezentuje się dobrze na ekranie i ma spory potencjał na gwiazdę Akcji. W dodatku w obsadzie zobaczycie kilka znanych mord, które nawet spisują się pod względem aktorskim. Polecam każdemu kto ma chwilę wolnego i dobre chęci.

Ocena: 6/10

Komentarze

komentarzy