Mściciel („Wake Of Death”), 2004

Mściciel ("Wake Of Death") - Jean-Claude Van DammeJean-Claude Van Damme w filmie „Mściciel”.

Jean-Claude Van Damme to wielka gwiazda Kina Sztuk Walki, ikona. W Polsce jest znany głównie z filmów, które wychodziły w czasie ery VHS. Wśród fanów mówi się, że gwiazda aktora z Belgii zaczęła blaknąć pod koniec lat 90-tych, a po 2000 roku była już lipa. I tutaj nie do końca się zgodzę. Faktycznie zdarzyły mu się gorsze tytuły, ale czy „Legionista” (1998) i „Piekielna Walka” (1999) do nich należą? Według mnie – nie. W 2001 roku wyszedł film reżyserii Ring Lama – „Replikant”, który lubię. Później była pierwsza i największa bułgarska klapa – „Pasażer”. Jednak JCVD szybko odbudował reputację filmem „Skazany Na Piekło” (2003) i „Mściciel” (2004). Ta recenzja dotyczy tego ostatniego, czyli filmu, który zamknął erę VHS z Van Damme.

Przyznam się, że ja miałem podobną opinię… skończył się po 2000 roku. Jednak, gdy wróciłem do „Mściciela” to lekko mnie olśniło – „Cholera – co ja gadam za bzdety… przecież to jedna z lepszych kreacji Van Damme’a w całej karierze”. Wszystko miało swój początek w 1996 roku, kiedy to Van Damme rozpoczął współpracę z Ringo Lamem. Reżyserem z Hong Kongu, który współpracował w 1992 roku z Jackie Chanem przy „Bliźniaczych Smokach”. Pierwsze ich działo to „Maksimum Ryzyka”, następnie „Replicant” i „In Hell”. Filmy zrobiły robotę tak jak trzeba. Było tak dobrze, że Lam dostał propozycję reżyserii czwartego projektu – „Mściciel”.

Zdjęcia rozpoczęto w Kanadzie, trwały dwa tygodnie i Ringo zrezygnował. Niezły numer co? Do tej pory nie wiadomo co się stało. Cała produkcja stanęła pod wielkim znakiem zapytania. Ten początek nie wróżył nic dobrego. Z pewnością cała ekipa filmowa była sfrustrowana. Nie ma się co dziwić. Gdybym był na miejscu Van Damme’a to odechciałoby mi się brać udział w tym projekcie.

W każdym razie, rozpoczęto zdjęcia od nowa, w zupełnie innych lokacjach w Rumunii i Afryce Południowej. Reżyserem został Philippe Martinez. Facet nie miał doświadczenia, bo jego główny zawód to producent. Wyglądało to dziwnie, można by powiedzieć, że zwiastowało porażkę. Stało się jednak zupełnie inaczej. Martinez podszedł do swojej roboty z wizją i pełnym profesjonalizmem. Większość ujęć do „Wake Of Death” była realizowana w nocy.

To co reżyser stworzył zasługuje na pełne uznanie. Dzięki niemu film jest wyjątkowy, ciemny, ponury i niesamowicie dobrze zrealizowany. Ujęcia są zmysłowe, sfilmowane z dbałością o każdy detal. Budują napięcie, a psychologię postaci jakie stworzył dopracował tak jak tylko mógł. Przekazał aktorom instrukcje, a Ci zrobili swoje najlepiej jak potrafili. Jeżeli chodzi o sam montaż to z pewnością mogę doczepić się do szybkich ujęć, które czasami delikatnie mnie drażniły. Na całe szczęście nie mają one nic wspólnego z tym co się wyrabia w nowych filmach ze Stevenem Seagalem. Tutaj jest to subtelne.

Jean-Claude Van Damme nie miał wcześniej szczególnej okazji by pokazać się pod względem aktorskim inaczej niż zazwyczaj. Dobrze zagrał w filmie „Lwie Serce” i jeszcze więcej umiejętności pokazał w „Skazanym Na Piekło”. Postać Bena Archera w „Wake Of Death” pozwoliła mu rozwinąć skrzydła. Uważam, że jest to jedna z jego najlepszych ról. Tutaj czuć postać, czuć osobowość, jej cierpienie i zemstę. To ma ręce i nogi. Moim zdaniem w tej produkcji pod względem kunsztu aktorskiego spisał się na medal. To się dobrze ogląda.

Główny bohater jest właścicielem klubu nocnego i chce zrezygnować z tej fuchy, bo czuje się już zmęczony. Jego żona zostaje brutalnie zamordowana, a on postanawia się zemścić na chińskiej triadzie. Może ten opis brzmi prosto jak kij od szczotki, ale uwierzcie mi na słowo. Historia została tak zobrazowana, że z pewnością do niej jeszcze wrócę. Postawiono na świetną muzykę, która wkomponowuje się w obraz. Jej autorem jest Guy Farley. W obsadzie znalazł się również Simon Yam, znany między innymi z „Ip Mana” i „Tomb Rider”.

Postawiono na brutalność i ponury klimat. Można by powiedzieć, że w tym wszystkim brakuje jeszcze dobrych tekstów. No, właśnie, że nie brakuje. Scenarzysta i reżyser Martinez, przy pomocy Davisa, Hamilton i Fellousa odwalili to tak jak trzeba. Doszlifowali dialogi. Dzięki temu mamy zajebisty smaczek rodem z najlepszego męskiego kina: „Zaraz zobaczysz co z takim gównem jak Ty robimy w Marsylii”. Te słowa wypowiada główny bohater. JCVD zrobił to tak, że zasługuje na klasykę najlepszych dialogów. po czym gość ma przewiercone kolana, a krew się leje na lewo i prawo.

Patrząc na te sceny i kilka innych jestem gotów stwierdzić, że „Mściciel” to cholernie niedoceniony rozpierdol. Film, w którym wszystko gra. Krew, łzy i kilka dobrych kopniaków. Scenariusz, reżyseria, gra aktorska na wysokim poziomie. Ta produkcja ma w sobie coś magicznego i wyjątkowego. To zdecydowanie jeden z lepszych tytułów od Jean-Claude, a powstał po 2000 roku. Każdy kto nie widział, to musi koniecznie sprawdzić. Mam nadzieję też, że nie tylko obaliłem swoją opinię, że w tym czasie nasz bohater z Brukseli był słaby, ale i waszą.

Ocena: 8/10