Dowódca Naczelny („General Commander”), 2018

Dowódca Naczelny ("General Commander") - Steven Seagal
Steven Seagal w filmie „Dowódca Naczelny” (2018).

Steven Seagal w ciągu ostatnich 18 lat zaliczył więcej upadków niż wzlotów i wygląda na to, że ma to kompletnie w dupie. Robi to dla pieniędzy. Nie wyciąga żadnych wniosków, a tym samym nie szanuje swoich fanów i samego siebie. Ostatnio zrealizował niezły film „Wyniszczenie„, widać, że się zaangażował, więc i zasłużył na kilka dobrych słów. Natomiast późniejsza premiera „Kontraktu Na Zabicie” to już mocny gniot. W przypadku „Dowódcy Naczelnego” mamy również do czynienia ze szmirą niskich lotów. Właściwie nie wiem jak mam się do tego ustosunkować. Jestem wkurzony, że straciłem czas, a Seagal zadrwił z tego, że przez moment liczyłem na coś chociażby średniego.

I tak faktycznie było. Przeszło mi przez myśl, że film może być na poziomie „Attrition” z jednego powodu. Reżyserem i scenarzystą jest Philippe Martinez. Facet zrealizował bardzo dobrego „Mściciela” (2003) z Jean-Claude Van Damme. Myślałem, że użyje swoich umiejętności, żeby Seagal wszedł na wyższy level. Niestety, tak się nie stało. Widać, że mistrz aikido pojawił się na planie góra na 2-3 dni z czego cały jeden spędził na zwiedzaniu Filipin, a w szczególności restauracji. Tak, film był realizowany w Manili. A wyobraźcie sobie, że jego filmowa akcja dzieje się na Malcie, w Tajlandii, w Kambodży, na Filipinach, w Hiszpanii i chuj wie gdzie jeszcze. Z dobre 10 minut filmu to w kółko powtarzane miejsce akcji i kilka ujęć krajobrazów kupionych na stocku. Uwierzycie? Niestety, taka jest prawda. Każdy z nas może kupić ujęcia np. z Malty w internecie za $50 i wrzucić je do filmu. Wygląda na to, że tak zrobił też Martinez.

Jakiekolwiek sceny z Seagalem były przedłużane jak się dało, widać, że przy montażu nie było z czego wybierać. Jak tylko znalazły się klatki, gdzie chociażby Steven odwraca wzrok to od razu ich użyto, że to niby gra aktorska. Żeby wydłużyć seans i podciągnąć go pod film pełnometrażowy użyto też slow-motion w bezsensownych momentach. Efekty nałożone na obraz są badziewne i wyglądają jakby zabrał się za nie amator, który ma w programie kilka darmowych nakładek i używa ich jak pojebany.

Film opowiada o specjalnej grupie agentów CIA, która chce dorwać faceta stojącego na czele procederu sprzedaży organów. Jeden z chłopaków ginie, więc stworzono niby dramatyczne sceny rodem z telenoweli wenezuelskiej, które mają wciągnąć widza w scenariusz. Niestety jest tak głupi, że szkoda słów. Napisze tak – produkcja widniała na największym portalu filmowym jako serial telewizyjny. Oto moja teza. Zrobiono odcinek pilotażowy, który trwał niespełna godzinkę. Nikt tego gówna nie chciał kupić i zrobiono w post-produkcji wszystko, żeby tego gniota wydłużyć do 90 minut i sprzedać jako film.

Oczywiście mogę się mylić, ale tak mi mówi intuicja. Jedyne co tutaj zasługuje na uwagę to rola Byron Gibson, który wydaje się mieć jakąś charyzmę i Edoardo Costa („Szklana Pułapka 4”, 2007). Ten drugi fajnie zagrał. Cała reszta to naciągany szmelc, do którego nigdy nie wrócę. Nie marnujcie czasu. „Naczelny Dowódca” to słaby gniot. Jeżeli chcecie to możecie sprawdzić „Wyniszczenie„. Koniec tematu.

Ocena: 3,5/10