Bezlitosny („Expect No Mercy”), 1995

Billy Blanks w filmie „Bezlitosny” (1995).

Po tym jak Film One Production zrobiło film troszkę bardziej górnolotny – „Death Junction” (1994), wszystko wróciło do normy. Ten jeden strzał okazał się niewypałem, którego nikt nie chciał kupić, szkoda. Można się długo zastanawiać dlaczego tak było, ale pierwsze co przychodzi na myśl to brak jakiejkolwiek gwiazdy kina kopanego w obsadzie. Postanowiono wrócić do sprawdzonego schematu mordobicia. Za scenariusz siódmego tytułu kanadyjskiej wytwórni wziął się J. Stephen Maunder. Facet, który pisał tekst wszystkich poprzednich tytułów. „Bezlitosny” (1995) zdecydowanie kontynuuje drogę „TC 2000” (1993). Mamy tutaj sporo walk, a wszystko jest połączone z klimatem sci-fi, albo inaczej – gry komputerowej, której towarzyszyła premierze.

Reżyserią nowego filmu zajął się Zale Dalen. O ile samo nazwisko może Wam nie wiele mówić, to coś nad czym wcześniej pracował już bardziej. Otóż Dalen reżyserował dwanaście odcinków serialu „Legendy Kung Fu”. Tak, tego serialu, w którym rolę główną odgrywa David Carradine. Co ciekawe sporą część zdjęć do „Expect No Mercy” realizowano na teranie posiadłości Davida. Przypadek? Nie sądzę, myślę, że Dalen, Merhi i Carradine się zaprzyjaźnili w trakcie prac nad serialem, dlatego użyczył swojej chaty do nowego tytułu Film One. Taka ciekawostka.

W roli głównej występują Jalal Merhi i Billy Blanks, panowie pracowali w duecie przy „Szponach Orła” (1992), no i spotkali się na planie wymienionego powyżej „TC 2000” (1993). Miało być inaczej, bo Blanks zastąpił w ostatniej chwili Oliviera Grunera. Tak czy siak – myślę, że to dobra marka jak na produkcje o takim poziomie. Te nazwiska sprzedały film i dzięki temu mogliśmy go wypożyczać w naszych polskich wypożyczalniach video. Czy cieszył się w latach 90-tych popularnością? Tak, nie taką jak poprzednie produkcje, ale nakład był spory. Prawie każda placówka miała go w swojej ofercie. Także dystrybucja poszła szeroko. Pytanie brzmi – jak się ma sam film i czy nie stracił z czasem swojego uroku?

Stracił… niestety stracił i to do tego stopnia, że oglądając go można odczuwać spore zażenowanie. O ile kiedyś robił wrażenie, to teraz już nie. Odpaliłem go sobie dzisiaj na DVD, oglądało mi się go normalnie, ale to pewnie dlatego, że widziałem go wiele razy i kiedyś mi się podobał. Wiedziałem czego się spodziewać. Ktoś, kto miałby teraz to zobaczyć po raz pierwszy musiałby zapodać minimum pół litra, a jeszcze lepiej kilka gram zielska. Mogłaby z tego wyjść niezła komedia. Powodem tego jest właśnie pójście w kierunku gry video jakie nam zafundował scenarzysta. Mamy tutaj bijatyki rodem z kadridży na pegasusie.

Chcąc być na czasie stworzono fabułę, w której główni bohaterowie są wtykami w Akademii Wirtualnej Rzeczywistości. Jej twórca to niezły wariat, który szkoli tam zabójców na zlecenie nowoczesnymi technikami. Innymi słowy – karatecy i kung fu mistrze używają magicznych okularów do wirtualnej walki, podczas której odczuwają realny ból. Ciekawe co? „Bezlitosny” to film, który pomysłem wyprzedził nieźle czasy, bo teraz można kupić takie bajery i grać w gry widząc wszystko w 3D. Co prawda bólu się jeszcze nie doświadcza, ale strach, zagrożenie i inne emocje tak. Mój kumpel tak długo jeździł w wirtualnym wesołym miasteczku, że jak zdjął sprzęt z głowy to mu błędnik oszalał. Trzeba uważać, żeby nie przesadzić.

W każdym razie mamy do czynienia z fabułą lekko ujmując – głupkowatą. Czy to jednak nie było fajne, czy to właśnie do takich produkcji nie mamy sentymentu? Są ludzie, dla których „TC 2000” to najlepszy film sztuk walki… więc czemu mieliby nie kochać „Bezlitosnego”? Takie wariactwo da się polubić, ale to tylko dla wybrańców o zniekształconym guście filmowym. Same sekwencje walk są na poziomie poprzednich dzieł Film One, więc jest zjadliwie. Finałowa walka nawet robi wrażenie, mam na myśli tą w wykonaniu Billy Blanksa, bo Jalala Merhi się gorzej ogląda.

Co ciekawe, w tym wirtualnym świecie znalazła się mała rola dla Michaela Blanksa, czyli brata głównego bohatera. Ten „zły” to Wolf Larson, niemiecki aktor z polskimi korzeniami. Co ciekawe, do jego roli przymierzany był na początku Gary Daniels. Trzeba przyznać, że całkiem charyzmatycznie gra świra. Za muzykę odpowiada standardowo Varouje.

Dla normalnego fana kina obejrzenie „Bezlitosnego” może graniczyć z cudem. Dla nas – pozytywnych wariatów – jest inaczej. Tak czy siak, uważam, że warto zobaczyć jak się nie widziało. Ja raczej już do tego tytułu nie wrócę. Obejrzałem, napisałem Wam co myślę i na tym koniec. Trzeba iść dalej.

Ocena: 5/10