Zakon („The Order”), 2001

Zakon ("The Order") - Jean-Claude Van DammeJean-Claude Van Damme w filmie „Zakon”.

Rok 2001 rozpoczął się naprawdę dobrze w karierze Jean-Claude Van Damme. Film „Replikant” może nie osiągnął sukcesu kasowego, ale to solidna produkcja. Z pewnością miał szansę na „coś więcej”, ale nie stał za nim taki gigant jak Universal. Marketing dźwignią handlu, tutaj zabrakło szerokiej dystrybucji kinowej. Zdarza się. W pół roku później, w grudniu… na niemieckich pułkach z płytami DVD zawitał nowy tytuł – „Zakon” („The Order”). Bohater „Kickboxera” (1989) w zupełnie innej roli, wcielił się w postać Rudego Cafmeyera, który niestety, ale próbuje naśladować Jackie Chana. Nie wyszło tak jak wyjść miało.

Wszystko wskazywało na to, że będzie to wyjątkowy tytuł w filmografii gwiazdy Kina Sztuk Walki. Za stołkiem reżyserskim zasiadł Sheldon Lettich. Nie wiem, czy go kojarzycie, ale facet nie dość, że maczał palce w „Krwawym Sporcie” (1988), to jeszcze wyreżyserował „Lwie Serce” (1990), „Podwójne Uderzenie” (1991) i „Tylko Dla Najlepszych” (1993) z Markiem Dacascosem. Wydawało mi się, że tak wysoko postawiona poprzeczka i $12 milionów dolarów do dyspozycji będzie gwarancją mocnego filmu. Cholera, wydawało mi się… no właśnie. Czasami przychodzi czas, w którym zdarza się lekka wtopa, tak jak w tym przypadku.

„Zakon” napisał sam Jean-Claude Van Damme i Les Weldon (facet od „Replikanta”). Był to pierwszy skrypt belga. Oczywiście wcześniej pracował chociażby przy „Kickboxerze”, ale tylko jako pomysłodawca głównego zarysu scenariusza. W każdym razie udział Weldona zwiastował również projekt, który pójdzie w dobrą stronę. W dodatku do obsady zostało zaangażowanych dwóch znanych nam aktorów. Brian Thompson („Kobra”) – ten skurwiel wygląda jak prawdziwy psychopata i Abdel Qissi, prywatnie brat słynnego „Tong Po”, znany z roli w „Quest” (1996). Wszyscy trzej Panowi spotkali się już na planie „Lwiego Serca” (1990). Czyż to nie wygląda wspaniale?

Wygląda, ale do rzeczy. Co się stało, że to nie wyszło tak jak powinno. Przede wszystkim scenariusz. Van Damme wciela się w złodzieja dzieł sztuki, którego ojciec jest archeologiem. Po tym jak wylatuje do Izraela ślad po nim ginie. Jean-Claude wyrusza w podróż do Jerozolimy, by odnaleźć ojca. To tak w skrócie. Resztę obejrzycie, jeśli zechcecie. Co do samej fabuły, czy coś Wam ona przypomina? Mi zdecydowanie tak i już tłumaczę co takiego.

„Zbroję Boga” (1986) i „Zbroję Boga 2” (1991) z Jackie Chanem. Ktoś mógłby teraz powiedzieć, że „co Ty gadasz… jest dużo takich filmów”. Tak, ale nie chodzi tylko o fabułę. W „Zakonie” dokonano wszelkich starań, by zbliżyć się do wykreowanego przez Chana wizerunku. Van Damme stara się być zabawny, sceny akcji i przygody są zmieszane z domieszką humoru. Sposób realizacji ujęć, drobne przyspieszenia i wstawki to dzieło reżysera, operatorów kamer i montażysty. Wygląda to tak jakby cała ekipa filmowa miała świadomość tego, kogo naśladują. Może się mylę i to tylko moje złudzenie… ale do cholery… ujęcia z planu podczas napisów końcowych? Przecież to znak firmowy Jackie Chan. Oj nie ładnie Panie Van Damme.

W dodatku te włosy pofarbowane na… rudo? Nie raczej na śliwkę lub czereśnię. Nie dziwię się, że Steven Seagal nie przyjął tej roli (tak, tak… i nie tylko on, bo udziału w filmie odmówił również Alexander Nevsky). Sceny walki mogły być lepsze, gdyby udźwiękowienie produkcji było na wyższym poziomie. Muzyka skomponowana przez Pino Donaggio niby pasuje do klimatu Izraela, w którym były realizowane zdjęcia, ale nie do samych zdjęć. Nie wiem jak to ująć, no coś tu nie gra tak jak powinno. I wiedziałem o tym już od pierwszych scen, w których Jean-Claude jest przebrany za rycerza, czy „kogoś tam”. Wcisnęli retrospekcję rodem jak z… no właśnie „Zbroi Boga”? Słodką wisienką całego przedsięwzięcia o tytule „Zakon” (The Order”) okazuje się być urocza Sofia Milos, która jest… urocza. Thomson i Qissi to również plus, ale tylko za sam fakt, że się pojawili.

Napiszę tak, nie ma tragedii, nie jest to kompletny niewypał. To średniak, który nie dorównał produkcji Jackie Chana. To nieudane naśladownictwo. I bardzo źle się stało, że belgijski mistrz akcji napisał ten skrypt. Naprawdę? Van Damme – Ty jesteś Van Damme do cholery! Nie musisz być Jackie Chanem. Co więcej, zostawiono otwarte drzwi do realizacji sequela. Czy bym go obejrzał? Tak, jeśli film został by zrealizowany lepiej i za większą kasę. Tu potencjał był, ale został zmarnowany. Nie dziwi więc, że to jeden z mniej znanych tytułów z JCVD.

Ocena: 5/10

Warto Sprawdzić

Komentarze

komentarzy