Van Damme chciał spuścić łomot zielonemu „Power Rangers”.

Czasami przychodzi taki czas, taki dzień, że człowiek budzi się rano i chce komuś przypierdolić w ryja. Ta niecodzienna dolegliwość spotkała Jeana-Claude Van Damme. Wstał lewą nogą i pojechał do Meksyku na Comic Con, porobić sobie kilka fotek z fanami i sieknąć kilka autografów. Tak się złożyło, że na ów wydarzeniu znalazł się zielony „Power Rangers”, czyli aktor Jason David Frank.

Frank był wieloletnim fanem Van Damme’a i dzięki niemu zainteresował się sztukami walki. Niestety jak to często w życiu bywa, rzeczywistość nie jest kolorowa. Pierwsze spotkanie ze swoim idolem miał w 1995 roku, kiedy to Van Damme pojawił się na kinowej premierze „Power Rangers”. Aktor zbył Zielonego Wojownika. Przypomnę, że to były czasy świetności i ciągłych narko-alko libacji Van Damma.

Po 15 latach od pierwszego spotkania miało dojść do pojedynku Panów w Tajlandii. Van Damme był przyblakłą gwiazdą i chciał zawalczyć w tak zwanym freak-fight z Jasonem. Pamiętam, że relacjonował ten pomysł w serialu dokumentalnym o samym sobie i nawet chciał, żeby w przygotowaniach pomagał mu jego pierwszy trener z czasów turniejów Karate, w których brał udział. Do walki jednak nie doszło.

Niestety nie wiadomo co było powodem słownych zaczepek Van Damme’a w stronę Jasona sprzed kilku dni. Belg chciał mu spuścić łomot i ewidentnie nakręcał temat. Może Jason się krzywo spojrzał, albo coś, cholera wie. Co jak co, ale niestety w tym przypadku Frank zachował stoicki spokój ducha niczym Dux w „Krwawym Sporcie”, a Van Damme wyszedł na niezrównoważonego gimbo-agresora.

JEAN-CLAUDE VAN DAMME DYSKUTUJE Z ZIELONYM „POWER RANGERS”

Komentarze

komentarzy