Pazur Tygrysa („Tiger Claws”), 1991

Cynthia Rothrock i Jalal Merhi w filmie „Pazur Tygrysa”.

Jako mały dzieciak w czasach podstawówki miałem już swoje zainteresowania i światy, do których uciekałem. Jeżeli uważnie czytacie moje teksty, to pewnie już co nie co o mnie wiecie. Staram się nie działać jak dziennikarz, a po prostu być sobą. Pisać do was w taki sposób jakbym rozmawiał z dobrym kumplem, czy koleżanką.

Nie mogłem się doczekać dzwonka kończącego zajęcia w szkole, pewnie jak wielu z was. Często przed powrotem do domu odwiedzałem wypożyczalnię przy ul. Murawa w Poznaniu. Nie zawsze miałem te 3 złote, żeby wypożyczyć jakiś tytuł, wtedy po prostu chwytałem kasetę za kasetą z działu „Karate”, żeby sobie popatrzeć na okładkę, przeczytać opis. Chłonąłem temat jak młody pelikan. „Pazur Tygrysa” z 1991 roku to jeden z tych tytułów, który wypożyczałem wielokrotnie i uwaga – tytuł, który do dziś mi się nie znudził. Przetrwał próbę czasu, zdecydowanie.

Ostatnim filmem, któremu poświęciłem trochę czasu, żeby napisać recenzję był „Nieustraszony Tygrys” (1991), pierwsza produkcja z pod ręki Jalala Merhi, właściciela Film One Productions, dzięki któremu nasze dzieciństwo i czasy młodości były ubrane w świat mordobicia na dobrym poziomie. Mam sentyment, więc idę za ciosem, biorę się za drugi film od tego Pana, według mnie najlepszy, ale nie mów „hop”, jeszcze nie wszystko widziałem. Wstęp lekko przydługi, ale co mi tam, mój świat i moje kredki. Lecimy z tematem.

„Pazur Tygrysa” został zrealizowany tak jak powinien. Wszystkie błędy popełnione przy pierwszej produkcji Film One zostały usunięte, zakopane i zalane betonem. I całe szczęście. Jalal Merhi uczy się na błędach, wyciągnął odpowiednie wnioski z „Nieustraszonego Tygrysa”. Pierwsze co się rzuca w oczy to obranie zupełnie innego kierunku w filmach sztuk walki niż do tej pory, ponieważ dostajemy mroczny thriller z solidną dawką obijania, przeplatany różnymi stylami walki, włącznie z tytułowym śmiercionośnym stylem „Tygrysa”.

Zajęło mi chwilę zastanowienie się jakie zdjęcie z filmu wstawić powyżej. Wiedziałem, że jak wrzucę Bolo Yeunga, to więcej osób przeczyta tekst, ale to nie Bolo występuje w roli głównej, tylko Merhi i Cynthia Rothrock, więc sprawa okazała się prosta. No właśnie, w „Nieustraszonym Tygrysie” Bolo Yeung wystąpił przez chwilę, a jego dubbingowane sekwencje przypominały parodię. W przypadku „Tiger Claws” postanowiono wydać troszkę więcej pieniążka i małą ilość dni zdjęciowych z Bolo zastąpić dobrym pomysłem, zrobić z niego tajemniczego seryjnego mordercę. Udało się, Yeung wpasował się w rolę, została stworzona dla niego wręcz idealnie. Nie wyobrażam sobie innego aktora na jego miejscu.

Merhi w roli głównej zapuścił kitkę prawie taką jak Steven Seagal. Można powiedzieć, że nawet dodaje mu to uroku, a sama Cynthia Rothrock, w tym czasie zdecydowanie na fali wznoszącej nieźle kopie po mordach, to w końcu wygimnastykowana kobieta jest, biegła w walce wręcz. W filmie pojawiło się też trochę osób z obsady „Fearless Tiger”. Trzeba przyznać, że ekipa na planie wykonała solidną robotę. Tak się tu rozpisuję, a zapomniałem was poinformować o czym jest ta produkcja, z góry założyłem, że wszyscy to widzieliśmy. Napiszę w skrócie.

Terek Richards (w tej roli Jalal Merhi) jest detektywem znającym sztuki walki, zostaje przydzielony do sprawy, którą zajmuje się Linda Masterson (urocza Cynthia Rothrock). A cóż to za sprawa? W mieście dochodzi do brutalnych morderstw mistrzów sztuk walki, za które odpowiedzialny jest „seryjny” Chong (Bolo Yeung). To tak w sporym skrócie, może fabuła nie wydaje się być odkrywcza, ale na ten czas, na ten rok było w porządku. Film zachował swój unikalny klimat ery VHS.

Za stołkiem reżyserskim projektu stał Kelly Makin, właściwie nie wiem skąd Film One wytrzasnęło tego gościa, możliwe, że to kolega Jalala Merhi ze studiów. Facet nie miał dużego doświadczenia, ale trzeba mu przyznać, że odwalił kawał dobrej roboty, ponieważ to reżyser nadzoruje każdy ruch ekipy filmowej, on dyryguje, dzięki niemu mamy taki obraz, dlatego pokłony dla tego Pana, z tego co się orientuję, do teraz działa w branży przy serialach telewizyjnych. Makin nie współpracował nigdy więcej przy produkcjach sztuk walki, a szkoda, jak na debiut, poszło znakomicie.

Za scenariusz i pomysł odpowiada J. Stephen Maunder, o tym Panu warto wspomnieć, ponieważ to jego pomysły zasilały prawie wszystkie produkcje tej wytwórni filmowej. Współpracował z nią od samego początku i był etatowym scenarzystą Jalala. Odwalił kawał solidnej pracy, to w jego głowie narodził się pomysł „Pazura Tygrysa”, kreatywny gość, wniósł sporo. Duże brawa również dla ludzi odpowiedzialnych za scenografię. Podobnie jak było w przypadku „Nieustraszonego Tygrysa” sporą zaletą filmu jest oświetlenie, które buduje klimat, to kolejny projekt ubrany w czerwień i odcienie niebieskiego w półmroku. Widać, że wytworzył się tu pewien styl filmowania i tworzenie mrocznej atmosfery. Co jest zdecydowanie na plus.

Nie był bym sobą jak bym nie wspomniał o muzyce. Odgrywa bardzo ważną rolę w budowaniu napięcia, jej kompozytorem jest Varouje, dla którego ponownie kłaniam się nisko. Facet ma swój unikalny styl, który tworzy z obrazem jedną całość. Montaż sekwencji sztuk walki jest na odpowiednim poziomie, nie jest to pierwsza liga, ale aż miło się patrzy. Produkcja jest przepełniona brutalnością, co pozwala widzowi podchodzić do tego obrazu bardziej emocjonalnie.

Wiem, wiem, wiem… piszę o samych zaletach. Mam nadzieję, że mnie za to nie zjedziecie od góry do dołu, ale to projekt mojego dzieciństwa, mam olbrzymi sentyment. Solidny film, który nawet po latach ogląda się przyjemnie. Jak dla mnie klasyka gatunku, co prawda nie może się równać z kinowymi hitami takimi jak „Krwawy Sport”, czy „Kickboxer”, bo to nie ta liga, ale jak na drugą klasę… to całkiem wygodnie, więc jeśli macie wolny wieczór to zasiadajcie w fotelu i odpalcie ten film. Zdecydowanie warto i polecam z czystym sumieniem.

Ocena: 8/10

Warto Sprawdzić

Komentarze

komentarzy