Nieustraszony Tygrys („Fearless Tiger”), 1991

Bolo Yeung i Jalal Merhi w filmie „Nieustraszony Tygrys”.

Jalal Merhi pochodzi z Libanu, wraz z rodziną wyjechał do Kanady, gdzie ciężko pracował rozwijając rodzinny biznes oparty na sprzedaży biżuterii. W każdej wolnej chwili trenował Kung Fu, wstawał wraz ze wschodem słońca, żeby poświęcić się swojej pasji. Wziął udział w ponad 150 turniejach i odnosił sukcesy. W 1989 roku postanowił pójść do szkoły aktorskiej i zainwestować zarobione pieniądze w wytwórnię filmową Film One Productions. To dzięki niemu mogliśmy oglądać na kasetach VHS takich wymiataczy jak Bolo Yeung, Billy Blanks, Matthias Hues i wielu innych. Jego wkład w Kino Sztuk Walki jest nieoceniony, zrobił dużo dobrego dla gatunku, dlatego podchodzę z wielkim sentymentem do wszystkich produkcji, które wyszły z pod jego ręki, a wszystko zaczęło się od filmu „Nieustraszony Tygrys”.

Był rok 1989 i to właśnie wtedy powstał pierwszy zarys scenariusza do tej produkcji, jego autorem był znajomy Jalala ze studiów – J. Stephen Maunder i Ron Hulme. Padła decyzja – robimy to! A sam Hulme stanął za stołkiem reżyserskim. Film pierwotnie nosił tytuł „Czarne Perły” i nawet w niektórych krajach pod taką nazwą został wydany. U nas na kasetach video można było go znaleźć prawie w każdej wypożyczalni. Czerwona jak krew okładka, a na niej Jalal i gdzieś tam w tle Bolo Yeung, niektórzy mogliby pomyśleć, że ma tam dużą rolę, niestety był to tylko chwyt marketingowy.

Yeung był u szczytu swojej kariery… przecież wystąpił w „Krwawym Sporcie” i był świeżo po „Podwójnym Uderzeniu”, stąd Film One Productions postanowił go zatrudnić. Możemy się tylko domyślać, że wymagania finansowe Bolo były tak duże, że budżetu starczyło tylko na jeden dzień zdjęciowy. Co zrobić, z mojego punktu widzenia – cieszę się, że miał chociaż taki epizod w filmie, pomysł na to, żeby Yeung wcielił się w postać pozytywną wypłynął od Jalala Merhi. Padły pierwsze klapsy i rozpoczęto zdjęcia, które były realizowane w Toronto (Kanada) i Hong Kongu. Premiera na video w 1991 roku. Zaczęło się – pierwszy film od Film One.

Po tym pięknym wstępie muszę dojść do tematu samego filmu, w końcu jest to recenzja. Wczoraj zaliczyłem seans, zgasiłem światła, a taśma w magnetowidzie ruszyła na pełnych obrotach. Jeżeli chodzi o fabułę to wydaje się być dość prosta – Mamy typów z pod ciemnej gwiazdy, którzy pod przykrywką szkół walki zajmują się wprowadzaniem na rynek nowego śmiertelnego narkotyku o nazwie Nirvana. Pierwszą ofiarą zażywania tej substancji okazuje się być brat głównego bohatera Lyle Camille (Jalal Merhi). Lyle postanawia dopaść ludzi, którzy rozprowadzają ten towar, postanawia też wylecieć do Hong Kongu, żeby trenować sztuki walki.

Powiem szczerze, postarałem się to opisać najprościej jak się da, ale nie jest łatwo. Film chwilami jest zwyczajnie głupkowaty i ciężko się zorientować o co chodzi. Scenariusz zdecydowanie do dopracowania, brakuje scen łączących… nie wiem, może film został pocięty, a ja nic o tym nie wiem, ale tak nie powinno być. To chyba najsłabszy punkt tej produkcji, do tego widać, że sceny są ze sobą przeplatane, a były filmowane jeden raz. Montażysta robił co mógł, żeby to było w miarę ciekawe. Wyszła papka z kaszką, do tego montaż scen walki, wyszło jak wyszło, średnio na jeża z przymrużeniem oka.

Zwróciłem uwagę na kolory w filmie i w poszczególnych scenach. Widać, że postawiono na zabawę światłem czerwonym i niebieskim, przez co film pomimo setek wad ma jakiś taki fajny stary klimacik. Scenografia jest w miarę ok, widać, że jakiś tam budżet był i na coś to poszło. Do największych zalet należy zdecydowanie muzyka, która jest dobra, skomponował ją Varouje – bębny, styl lat 80-tych, wszystko gra jak trzeba. Trzecim punktem do odhaczenia jako pozytyw jest dobór obsady, wiadomo Jalal i Bolo, ale oprócz tego mamy kilka zakazanych mord, które znamy z innych filmów, ale gorzej z nazwiskami – nie wiem jak Ci ludzie się nazywają, ale jednego kojarzę – główny czarny charakter, czyli Lazar Rockwood.

Cała reszta to niestety lekko mówiąc lipa, nic się tu nie trzyma kupy. Zrobiły na mnie wrażenie szpagaty i kilka ujęć Merhi, pokazał, że ma solidne zaplecze, natomiast sceny z dubbingowanym Bolo Yeungiem to niestety śmiech na sali – a mogło być lepiej. W jednej ze scen, w której Jalal i Bolo się poznają ćwicząc, należy do jednej z głupszych jakie widziałem. Nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.

Mimo wszystko film został zrobiony z jakimś tam pomysłem. Traktuję go z wielkim dystansem i świadomością, że była to pierwsza produkcja Film One i wiecie co – da się obejrzeć. Szkoda, że zmarnowano taki potencjał. Widziałem na pewno wiele gorszych filmów, które po chwili wyłączałem. Tutaj jednak został zachowany jakiś klimat, który nadrabia całe to nieporozumienie. Jak macie wolny weekend to odpalcie na kasecie, tak dla sentymentu.

Ocena: 4/10

Warto Sprawdzić

Komentarze

komentarzy