Life („Life”), 2017

Life - RecenzjaHiroyuki Sandra w filmie „Life”.

Zastanawiałem się, czy napisać recenzję tej produkcji. Czy wpisuje się w „Kino Sztuk Walki”. W moim świecie tak, ponieważ to mój świat, w którym „Life” jest na granicy, a spójnikiem łączącym jest japoński aktor Hiroyuki Sandra. Co prawda na dalszym planie, ale do tego się już przyzwyczaiłem. W dodatku głównym bohaterem tego hollywoodzkiego filmu jest Jake Gyllenhaal, który z każdym filmem jest coraz bliżej mojej „Topowej Piątki” aktorów bez względu na podziały gatunkowe. Zwyczajnie uznałem, że ten wystrzelony w Marsa film powinien się tu znaleźć. Poza tym Hiroyuki ma swoje grono fanów w Polsce, kilku z nich z pewnością to przeczyta. Mam powód, więc zaczynam.

Jake Gyllenhaal jest aktorem wybitnym. Obejrzałem już połowę jego filmografii i nie natrafiłem na tytuł, który byłby średni. To pierwsza klasa, pierwsza liga. Diament. I to zarówno w gatunku thriller jak i dramat. Facet jest wszechstronny i zasługuje na najwyższe laury. Czy wystąpił kiedyś w czymś, co możemy łączyć z kinem akcji – oczywiście. „Do Utraty Sił” (2015), „Kod Nieśmiertelności” (2011), czy „Bogowie Ulicy” (2012) to pozycje rewelacyjne. I nie tylko te, jest ich o wiele więcej. Nie dziwne więc, że w ciemno postanowiłem obejrzeć film sci-fi „Life” z zeszłego roku.  Jak jest Gyllenhaal to musi być jakość, podobnie się ma sprawa z Denzelem Washingtonem, czy Clintem Eastwoodem.

Samo kino z gatunku science-fiction nigdy mnie nie interesowało. Często nawet odstraszało, ale miałem zawsze gdzieś z tyłu głowy świetnego „Predatora”, czy „Terminatora” z Arnoldem Schwarzeneggerem. Tutaj jednak sprawa się tyczyła wyprawy na Marsa, czyli temat kosmiczny. Mimo entuzjazmu, czułem niepewność udźwignięcia „tego” czegoś. Już tłumaczę jaki był powód – jakiś czas temu obejrzałem po raz pierwszy w życiu film „Obcy. 8. Pasażer ‚Nostromo'” (1979). Mam nadzieję, że nikomu nie podpadnę, a wiem, że ta produkcja ma miliony psychofanów… mnie to zanudziło. Dobre na lata 70-te, ale nie na teraz. Moim zdaniem film nie przetrwał próby czasu. W przypadku „Life” wiedziałem, że fabuła będzie podobna. Stąd brak całkowitego zaufania.

W każdym razie zasiadłem do seansu i zobaczyłem obraz lepszy niż pierwszy „Obcy”. Zdecydowanie lepszy. Czułem emocje, napięcie, świetną grę aktorską, dobry scenariusz i świetną realizację. Reżyser z pewnością czerpał wiedzę z filmów o podobnej tematyce i zrobił to tak dobrze jak potrafił. Daniel Espinosa zyskał u mnie szacunek dzięki produkcji „Safe House” z Denzelem Washingtonem. I nie zawiódł. Odrobił lekcje jak najlepszy uczeń. Biorąc na warsztat scenariusz napisany przez Rhett Reese i Paula Wernicka (Panowie napisali „G.I. Joe: Odwet” z Brucem Willisem) zadbał o wszystko tak jak należy.

Gra aktorska głównych bohaterów sprawdziła się w kosmosie. Gyllenhaal, Ferguson, Reynolds i oczywiście Hiroyuki Sandra. Wszyscy przygotowali się do roli, biorąc na barki „życie”, które znaleźli na Marsie. Sandra kręci się już od lat po Hollywood i łapie dobre role. Wystarczy sobie przypomnieć „Godziny Szczytu 3” (2007) z Jackie Chanem. Zaczynał karierę w takich filmach jak „Zabić Szoguna!” (1979), czy „Samuraje z Piekła Rodem” (1981). Nie wspomnę jeszcze o roli w „47 Roninów” (2013). Tutaj sprostał zadaniu i po raz kolejny udowodnił, że znajduje się w odpowiednim miejscu. Z pewnością nie bez powodu był kilkukrotnie zauważony przez Japońską Akademię Filmową.

Montaż, realizacja, ujęcia, praca kamery oraz muzyka genialnie wpływa na jakość „Life”. Dostajemy tytuł, który w sowim gatunku został zrealizowany w sposób wyjątkowy. Momentami miałem wrażenie, że znajduję się wraz z bohaterami, tam gdzie Ci są w danym momencie. To wszystko dzięki nowatorskiemu stylowi filmowania, które z pewnością kosztowało wiele pracy ludzi, którzy ten projekt nadzorowali.

Podsumowując, uważam, że skoro taki facet jak ja, który nie przepada za tym gatunkiem, dał radę czerpać emocje i radość z seansu – to jest dobrze. Dlatego z czystym sumieniem polecam Wam obejrzenie „Life” z uwagi na wszystkie elementy. Po prostu warto. Nie, żebym zaczął teraz szaleć za „kosmicznymi kowbojami”, ale jak na jeden raz – warto zobaczyć. No i oczywiście drodzy maniacy – Hiroyuki Sandra to dodatkowy plus. Daje siódemkę z plusem.

Ocena: 7/10

Warto Sprawdzić

Komentarze

komentarzy