Kickboxer („Kickboxer”), 1989

Jean-Claude Van Damme w filmie „Kickboxer”.

„Kickboxer” z 1989 roku to klasyka gatunku, jeden z najważniejszych filmów Kina Sztuk Walki, a dla mnie osobiście tytuł, dzięki któremu wszystko się zaczęło. Jak miałem 7 lat tata dał mi piracką kasetę VHS i był na niej nagrany „Karate Tygrys III”, bo właśnie taki tytuł wtedy nosił „Kickboxer”. Obraz był zgrywany z niemieckiej wersji filmu, do tego podłożony angielski dźwięk i polski lektor. Co więcej, sam film na pierwszym oryginalnym polskim wydaniu VHS również był prezentowany jako „Karate Tygrys III”, to prawdziwy unikat, tak samo jak wydany później przez Telehit na kasecie już pod prawdziwym tytułem. To były czasy. Mam do nich ogromny sentyment jak i do samej produkcji.

Ile razy widziałem „Kickboxera”? Przyznam szczerze, że lekko ponad setkę, puszczałem go po szkole, oglądałem samemu, jak i z kolegami, leciał też w tle, gdy robiłem w tym czasie coś innego. Kaseta była oglądana, przewijana do początku i puszczana od nowa cały czas, rzadko kiedy opuszczała magnetowid. Znałem dialogi na pamięć, sceny na pamięć i dopiero później widziałem go w telewizji. Coś mi nie pasowało, brakowało kilku scen, ale to standard, często wersje oryginalne filmów różnią się od tych niemieckich.

Tak zaczęła się moja przygoda z Jean-Claude Van Dammem, później był „Krwawy Sport” i inne tytuły. Dzisiaj mam już na koncie tysiące obejrzanych filmów i tworzę dla Was Kino Sztuk Walki. Taka historia, z pewnością jest takich wiele i każdy ma swoją, bo nie tylko w moim domu śmigał „Kickboxer”, przyznać się, kto nie widział? Albo nie… lepiej się nie przyznawać i nadrobić zaległości. Koniecznie.

Van Damme był wschodzącą gwiazdą po sukcesie „Krwawego Sportu” i zaangażowanie go do kolejnego filmu o tematyce sztuk walki było strzałem w dziesiątkę. Przystojny gość co kopie po ryjach tak jak należy, z gracją, do tego skromny i pokorny. Za reżyserię filmu odpowiadał Mark DiSalle, który również był producentem i czuwał też nad sukcesem „Krwawego Sportu”. Przy stoku reżyserskim pracował z nim David Worth i nadzorował każdy ruch. Jeżeli nie wiecie kim jest ten człowiek to przypomnę, że pracował on również nad „Waleczną Damą” z Cynthią Rothrock.

Mark DiSalle jako, że był jednym z ojców sukcesu „Bloodsportu” usiadł z Van Dammem przy jednym stole i postanowił wymyślić nową historię… tak się zaczął „Kickboxer”, od pomysłu. Panowie wymieniali się uwagami, wymyślili film, ale potrzebny był ktoś, kto pomysł weźmie w ręce i zrobi z niego scenariusz, tą osobą był Glenn A. Bruce. Pomimo tego, że Glenn jest postacią dość anonimową to postanowiłem o nim wspomnieć właśnie dlatego, że to on napisał scenariusz, a nie Van Damme, tak jak powszechnie się uważa. Należy się dobre słowo dla człowieka, który jest w cieniu, a tak wiele mu zawdzięczamy. „Kickboxer” to zdecydowanie jego największy sukces, później napisał po odcinku do seriali „Słoneczny Patrol” i „Strażnik Teksasu”… i właściwie na tym się skończyło.

Oczywiście, że nie chcę nic ujmować JCVD, dlatego bardzo cenię fakt, że stworzył zarys filmu, co więcej – jego rola nie skończyła się tylko na postaci Kurta Sloana, ale warto wspomnieć, że był on odpowiedzialny za sekwencje sztuk walki, a dokładniej był reżyserem i choreografem każdej ze scen, które zapisały się do klasyki gatunku. W ten oto sposób możemy spokojnie przenieść się do omówienia obsady.

Brat głównego bohatera, czyli Eric Sloan to tak naprawdę… prawdziwy kickboxer – Dennis Alexio. Można powiedzieć, że legenda tego sportu. Facet przegrał tylko 2 walki przy 70 zwycięstwach, z czego 65 przeciwników nie schodziło z ringu o własnych siłach. Zostali znokautowani. To były wspaniałe czasy, kiedy do produkcji byli angażowani prawdziwi wymiatacze, przecież sam Jean-Claude również odnosił międzynarodowe sukcesy w Karate.

Podobnie ma się sprawa z Tong Po, tak naprawdę jest to Michel Qissi, wieloletni przyjaciel Van Damme’a. Panowie właściwie od dzieciństwa razem trenowali i wylecieli do USA w pogoni za biznesem filmowym i swoją szansą na odniesienie sukcesu. Qissi wcześniej pojawił się też w „Krwawym Sporcie” (pamiętacie gościa, któremu Chong Li łamie nogę? – Tak, to jest Tong Po). W filmie znalazło się również miejsce na postać mentora Xiana Chow, w którego wcielił się Dennis Chan, aktor, żeby wystąpić w „Kickboxerze” przyleciał na plan do Tajlandii prosto z Hong Kongu.

Za muzykę w tym klasyku odpowiada Paul Hertzog. Pracował przy poprzednim dziele i trzeba przyznać, że stworzył klasyczny soundtrack. Idealnie oddaje nam sceny treningu, motywacji, ducha walki i orientu. Cały obraz był realizowany w Bangkoku i okolicach, a reżyserowi udało się świetnie uchwycić klimat i atmosferę panującą w tym rejonie świata. Widzimy to już na pierwszych ujęciach, bieda, małe wioski, a to wszystko przeplatane klubami ze striptizem i uciechami dla amerykanów.

Tajlandia to zupełnie inny świat. Przekonał się o tym Eric Sloan, nie mówię tu tylko o kulturze, ale i o muay thai. Uderzenia kolanami i łokciami to inna bajka, brutalna, krwawa i dzika, to nie to samo co kickboxing. Mistrz Świata został sparaliżowany przez Tong Po. W pogoni za zemstą jego brat Eric postanowił wziąć lekcje tamtejszego stylu, żeby zmierzyć się z brutalem. O całej reszcie wiecie, więc co ja wam będę opisywał.

Co prawda motyw zemsty i treningu w kinie nie jest czymś nowym, ale na tamte czasy był, a tym bardziej w kinie amerykańskim z gatunku sztuk walki. Jean-Claude Van Damme przetarł szlaki, a „Kickboxer” został nam w pamięci już na zawsze. Ta produkcja ma duszę, przekaz, treść, uczy wartości, tego co jest dobre, a co nie jest. Wszystko jest ubrane w dobry montaż, rewelacyjne sekwencje walk i duchowy trening opleciony wspaniałą muzyką. „Karate Tygrys III” ma wszystko to, czego brakuje dzisiejszym filmom nastawionym na efekty i sprzedaż. Widzimy tutaj bardzo mocną granicę pomiędzy dobrym, a złym bohaterem, Michel Qissi wcielając się w Tong Po stworzył postać, która jest odzwierciedleniem bezlitosnego charakteru. Brutalne i krwawe sceny dodają realizmu, a my jako widzowie kibicujemy Kurtowi tak jak tylko możemy.

Co prawda film już się zestarzał. W ocenie główną rolę bierze sentyment do tamtych lat. Ostatnio włączyłem „Karate Tygrysa III” ponownie i nie zawiodłem się, ale trochę mi się dłużył. Jestem w stanie zrozumieć, że młody widz będzie oglądał tą produkcję inaczej, bez takiego zaangażowania jak my. W dzisiejszych czasach wszyscy mają wybór, setki tytułów. My mieliśmy kilka perełek na VHS. Z jakiegoś powodu to właśnie te perełki są klasykami, a nie te szmiry, które wychodzą teraz. Zachęcam Was do ponownego obejrzenia „Kickboxera” i powrotu do tamtych wspaniałych lat.

Ocena: 9/10

Warto Sprawdzić

Komentarze

komentarzy